Było odlotowo!!!

"Pierwsze emocje, po sobotnim locie szybowcem, w końcu opadły. Dopiero teraz mogę coś napisać, gdyż wcześniej nie potrafiłabym wykrzesać z siebie więcej niż okrzyk: „huraaaa!!”.
W sobotnie popołudnie dotarłam na teren aeroklubu wraz z moją grupą wsparcia. Czekając na lot usiedliśmy na trawie i wygrzewaliśmy się w słońcu. Z lekkim niepokojem obserwowałam startujące szybowce i próbowałam odgonić od siebie uporczywe myśli o lęku wysokości. Zastanawiałam się jak to będzie, gdy już znajdę się w powietrzu. Pierwsze wizje nie były zbyt krzepiące ani dla mnie, ani dla mojego żołądka. Ale zanim zdążyłam wziąć pod uwagę możliwość ucieczki, podszedł do mnie uśmiechnięty instruktor i oznajmił, że możemy ruszać.
Krótkie przeszkolenie z zasad bezpieczeństwa i niezliczone żarty pilota-instruktora sprawiły, że nawet się nie zorientowałam, kiedy znalazłam się w szybowcu na miejscu pierwszego pilota. Instruktor krok po kroku tłumaczył co za chwilę nastąpi. Szybowiec został przymocowany liną holowniczą do samolotu, który miał nas wznieść na wysokość 600 metrów. Ruszyliśmy i w krótkim czasie wzbiliśmy się w powietrze. Od razu zapomniałam o strachu. Przede mną rozciągały się niezwykłe widoki. Po chwili samolot dał znać skrzydłami i odczepiono linę. Trudno opisać to wrażenie: cisza niezakłócona pracą silnika, otwarta przestrzeń, błękit nieba, niezwykłe krajobrazy widziane z lotu ptaka. Przy dobrej widoczności można nawet zobaczyć zarys gór. Niesamowite!
Już w powietrzu okazało się, że dla amatorów mocniejszych wrażeń przewidziane są dodatkowe „atrakcje”. Bez zastanowienia przystałam na propozycję mojego pilota i już sekundy później mknęliśmy pionowo w kierunku ziemi! Przyznam, że krzyknęłam z przerażenia. A w następnej chwili prosiłam mojego pilota o kolejna taką akrobację. Uczucie nieważkości i skumulowanie sił pędu, odśrodkowych, dośrodkowych oraz wszystkich innych, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia, właśnie teraz zadziałało ze zdwojoną siłą. Zamiast panikować i krzyczeć, co chwilę domagałam się kolejnych „atrakcji”. Nieograniczone uczucie wolności, satysfakcja z przezwyciężenia lęku wysokości i przede wszystkim radość ze spełnienia marzeń o lataniu, na przemian kłębiły się w mojej głowie. Cudowne chwile, niezapomniane wrażenia, niezwykłe emocje – właśnie w ten sposób będę od teraz myśleć o lataniu szybowcami i o ludziach, którzy tej pięknej pasji podporządkowują całe swoje życie. Już wiem na pewno, że jeszcze nie raz zdecyduję się na lot szybowcem, a kto wie, może nawet na kurs szybowcowy?
Pozdrawiam całą kadrę aeroklubu, a w szczególności mojego instruktora, któremu chciałabym szczególnie podziękować za wsparcie i zapewnienie wspaniałej atmosfery."
Ostra jazda po bandzie

Sprawa wygląda tak. Prezentokratyczny prezent “Ekstremalna jazda na torze wyścigowym" oznacza z jednej strony świetną zabawę, z drugiej – popsuty humor. Dlaczego? Jak tu nie kląć pod nosem, jeśli ciężko wypracowana duma z własnych osiągnięć za kierownicą sportowego Subaru znika na twoich oczach, kiedy tylko za kierownicę siądzie profesjonalny kierowca rajdowy.
Najpierw chwila teorii. Potem uczysz się jak wchodzić w zakręty, jak panować nad maszyną pędzącą po torze wyścigowym. Potem dumnie siadasz za kółkiem. Zapinasz specjalne szelki i nieśmiało ruszasz. Wystarczy kilka podstawowych uwag, aby załapać o co chodzi. To tak jak jazda po parkingu Tesco w nocy… tylko że na profesjonalnym torze wyścigowym i w maszynie, która pod maską skrywa 300 koni mechanicznych, a setkę wyciąga w 4,5 sekundy.
Hmmm… może to jednak nie było najlepsze porównanie…
Potem to już tylko kwestia pozostawania otwartym na uwagi instruktora, który przez cały czas czuwa nad twoimi poczynaniami. Uczucie jest niesamowite. Z chwili na chwilę wychodzi co raz lepiej, a w myślach zaczynają się układać plany dotyczące międzynarodowej kariery rajdowej…
Ale to wszystko na nic. Po zakończeniu jazdy pod okiem instruktora to on zasiada za kółkiem i wykonuje ostatnie okrążenie. I dopiero wtedy widać, co ta maszyna naprawdę potrafi. Marzenia o sławie i oblewaniu szampanem skąpo ubranych hostess pryskają jak bańki mydlane. Pozostaje tylko… chęć ponownego chwycenia za kółko i pokazania temu instruktorowi jak to się robi!
Prezentokracja partnerem Ślubu od Kuchni

Wśród wielu konsultantów znajdą się: florystka- Katarzyna Nawrot, która doradzi w doborze kwiatowych dekoracji, brafiterka- Agnieszka Socha zajmująca się profesjonalnie doborem bielizny ślubnej, fotograf- Krzysztof Citak, który zdradzi jak dobrze prezentować się przed obiektywem oraz agencja weddingowa 2 cytryny, która opowie szczegółowo o organizacji i stylizacji ceremonii ślubnych. Organizatorzy również zadbali o sprowadzanie specjalistów, którzy doradzą i pokażą jak zadbać o swoje ciało (Marta Tymoszewicz-Fitness Studio, Niebieskie Migdały-Nastrojowa Kosmetyka) oraz zaprezentują najnowsze trendy w makijażu oraz fryzjerstwie (Studio Lima, Roma Szafranek-wizażystka).
Całe spotkanie zakończy Wielka Loteria „Ślubu od Kuchni”, w której główną nagrodę jest lot szybowcem, który ufundowała „Prezentokracja”. Organizatorami eventu są Pracownia „Makijaż od Kuchni” oraz Agencja PR Avando.
Aby wziąć udział w konsultacjach należy wysłać swoje zgłoszenie na slub@makijazodkuchni.pl.
ŚLUB OD KUCHNI,
24 czerwca 2010, godz. 18:00
Restauracja Teatralna,Plac Teatralny 4, Wrocław
wstęp: 8 zł
14 kwietnia 2010
Prezentokracja wspiera akcję "Strony nie ryczą"!

Lubicie przeglądać strony internetowe w spokoju? Nie znosicie w panice przeszukiwać zakładek przeglądarki w poszukiwaniu strony, na której panoszy się nachalna reklama dźwiękowa? Jeśli padliście ofiarą internetowej audio-napaści, pamiętajcie: NIE JESTEŚCIE SAMI.
Zaprotestujcie przeciwko ryczącym reklamom, wspierając akcję "Strony nie ryczą". Dołączcie do nieryczącej społeczności na stronynierycza.pl.
Inicjatorem akcji jest zaprzyjaźniony z Prezentokracją serwis biblioNETka.pl. Prezentokracja trzyma kciuki za powodzenie przedsięwzięcia!
Prezentokracja na polu bitwy!

W ostatnią sobotę ekipa Prezentokracji, wraz z gronem znajomych postanowiła wybrać się za miasto. To jednak nie piknik i błogie wylegiwanie się na trawie były celem tej wyprawy. W bojowych nastrojach wyruszyliśmy bowiem na bitwę. Z nadzieją na świst kul, adrenalinę i tryumf zwycięstwa, spotkaliśmy się z właścicielem pola na stacji benzynowej w Długołęce. Stamtąd było już blisko do ostatniego przystanku podróży - otoczonej kwitnącym rzepakiem łąki pod lasem.
Na miejscu czekała na nas masa atrakcji, których lista rozpoczęła się już od rytuału wybierania kombinezonu. Na widok towarzyszy broni w nowej odzieży maskującej, na twarzach nawet najbardziej mrukliwych wojowników, pojawił się uśmiech. Od teraz czuliśmy się, jak przedszkolaki, które dostały nowe kaloszki i do woli mogą taplać się w kałużach!
Następnie Pan Instruktor udzielił nam krótkiego, acz konkretnego szkolenia z tego, jak zachowywać się na polu paintballowym. Dowiedzieliśmy się, że o ile przestrzega się paru reguł, jest to sport bardzo bezpieczny. Otrzymaliśmy broń, każdy do magazynku wsypał swoje kulki, założyliśmy maski i... ruszyliśmy w bój!
Początkowe tzw. "deathmatch'e" zapoznały nas z charakterystyką gry.
Szybko ustaliliśmy system znaków, którymi będziemy się posługiwać, tak, by nie informować się mową i nie dawać przeciwnikowi forów . Co prawda niektóre gesty wyglądały tak samo, np. "Wy dwaj idźcie tam" jak "tam jest dwóch przeciwników", ale kto by tam skupiał się na takich szczegółach?! Byliśmy już w transie - jak gazele przemykaliśmy pomiędzy przeszkodami, naboje gruchotały w magazynkach naszych karabinów, a nad głową świszczały kule.
Po paru meczach "na rozgrzewkę" i kilku pierwszy ranach postanowiliśmy zagrać w scenariusze dla prawdziwych twardzieli. Podzieleni na dwa obozy eskortowaliśmy walizkę, następnie utrudnialiśmy drużynie przeciwnej to samo zadanie. Chroniliśmy generałów, a na koniec czterech śmiałków stało się Predatorami, którzy w lesie polowali na resztę graczy.
Po około trzech godzinach, zmęczeni ale szczęśliwi, zasiedliśmy do stołów, by spożyć wojskową kiełbaskę z grilla. Jedzeniu towarzyszył gwar rozmów - opowieści z placu boju, dramatyczne historie o rannych uratowanych przez medyków i o żołnierzach, którzy z przyjaciółmi dzielili się ostatnimi nabojami. Pełni emocji i wrażeń mogliśmy już wrócić do szarej codzienności.
Dziś zostały nam wspomnienia i fotografie. Spora grupa uczestników wycieczki wciąż chwali się odniesionymi w walce ranami i pręży przed rozmówcami posiniaczone ciało. Dla większości był to paintballowy pierwszy raz. Dla większość z pewnością nie ostatni!